Każdy rodzic chyba zna ten moment. Na grupie przedszkolnej pojawia się wiadomość o kolejnej aktywności: trzeba wykonać pracę jesienną, zebrać kasztany, przygotować coś na konkurs, stworzyć dekorację, wyjść na spacer po liście albo zrealizować rodzinne zadanie na weekend.
Pierwsza reakcja wcale nie musi być entuzjastyczna.
Współcześni rodzice mają bardzo dużo obowiązków. Pracują, organizują życie całej rodziny, wożą dzieci na zajęcia, robią zakupy, planują wizyty, wyjazdy, urodziny, weekendy. Wielu z nich naprawdę spędza z dziećmi dużo czasu. Jeżdżą wspólnie na wycieczki, chodzą na place zabaw, basen, rowery, odwiedzają rodzinę, gotują, grają, rozmawiają, tworzą własne rytuały. W takiej rzeczywistości kolejna wiadomość z przedszkola może zwyczajnie irytować.
Pojawia się wtedy myśl: „Czy ktoś naprawdę uważa, że nie wiem, jak spędzić czas z własnym dzieckiem?”.
Rozumiem takie podejście. Sama potrafię spojrzeć na kalendarz i zastanawiać się, gdzie mam jeszcze wcisnąć kolejne zadanie, zwłaszcza gdy dziecko bardzo chce wziąć udział i trudno powiedzieć mu, że tym razem odpuszczamy.
Ostatnio jednak zaczęłam patrzeć na podobne propozycje trochę inaczej. Potraktowałam jedną z nich jako gotową okazję do przyjrzenia się własnemu dziecku. Bez planowania specjalnego „czasu jakościowego”, bez wymyślania kolejnej atrakcji. Zadanie już było. Wystarczyło zobaczyć, co można z nim zrobić.
W naszym przypadku chodziło o pracę na Dzień Jeża.
Miałyśmy w domu ogromne styropianowe jajo, mniej więcej półmetrowej wysokości. Pomysł od początku przerósł rozmiarami typową przedszkolną pracę, więc szybko włączyła się cała rodzina.
Ja mocowałam elementy i pilnowałam konstrukcji. Starszy syn, który jest już na etapie edukacji wczesnoszkolnej, pomagał wycinać z filcu trójkąty przeznaczone na kolce.
Najwięcej do powiedzenia miała jednak córka. Zdecydowała o kształcie oczu i uznała, że potrzebna jest jeszcze niebieska źrenica. Ustalała położenie poszczególnych elementów, poprawiała moje propozycje i bardzo dokładnie pilnowała szczegółów. Jabłko miało być lekko przekrzywione. Jej wizja była inna niż moja…
I właśnie ten fragment całej pracy był dla mnie najciekawszy.
Dorosły często patrzy na takie zadanie przez pryzmat wykonania. Trzeba coś wyciąć, przykleić, skończyć i zawieźć. Dziecko może natomiast widzieć zupełnie inny świat. Zwraca uwagę na detal, który dla nas nie ma znaczenia. Zmienia koncepcję w połowie pracy. Wybiera zestawienie kolorów, którego sami byśmy nie wybrali. Upiera się przy rozwiązaniu, które z naszej perspektywy jest mniej estetyczne, za to dla niego ma sens.
W takiej chwili można się bardzo dużo dowiedzieć. Widać sposób podejmowania decyzji, poziom samodzielności, reakcję na trudność, cierpliwość, potrzebę kontroli, elastyczność, sposób komunikowania własnego zdania oraz gotowość do współpracy. Pojawia się przestrzeń na negocjowanie i na doświadczanie wpływu. Dziecko sprawdza, czy jego pomysł zostanie potraktowany poważnie. Przekonuje się również, że dorosły może wykonać technicznie trudniejszą część zgodnie z jego koncepcją.
To bardzo ważne doświadczenie.
Wspólne tworzenie uruchamia też wiele umiejętności, których na pierwszy rzut oka wcale nie łączymy z jesiennym jeżem. Dziecko planuje kolejne etapy, porównuje wielkości, wybiera kolory, określa położenie elementów, ćwiczy orientację przestrzenną i precyzję ruchów. Podczas wycinania, układania czy przyklejania pracuje ręka i koordynacja wzrokowo-ruchowa. Rozmowa rozwija słownictwo, umiejętność argumentowania oraz opisywania własnej wizji. Nagle pojawia się także matematyka: liczenie elementów, porównywanie długości, ocenianie proporcji.
Tworzenie większej pracy uczy jeszcze jednej rzeczy, która przychodzi współczesnym dzieciom coraz trudniej. Efekt nie pojawia się natychmiast. Kolejny element trzeba przygotować, następny przykleić, potem powtórzyć tę czynność wiele razy. Dziecko doświadcza procesu, w którym rezultat powstaje stopniowo.
Równie ciekawy może być etap poprzedzający samą pracę. Spacer po liście, żołędzie czy kasztany otwiera naturalną rozmowę o przyrodzie. Dziecko zauważa zmianę pory roku, temperatury, kolorów, długości dnia. Można przy tej okazji porozmawiać o zwierzętach, przygotowaniach do zimy, miejscach schronienia i zmianach zachodzących w otoczeniu. Wiedza zdobywana w takim momencie ma zupełnie inny charakter niż ta przekazywana przy stole czy z książki. Jest związana z konkretnym doświadczeniem.
Duże znaczenie ma również sam udział rodzica. Dziecko w wieku przedszkolnym nadal bardzo mocno obserwuje mamę i tatę. Z czasem coraz większy wpływ będzie miała nauczycielka oraz grupa rówieśnicza. Pojawi się słynne „pani powiedziała”, które wielu rodziców dobrze zna. Na tym etapie rodzic pozostaje jednak bardzo ważnym punktem odniesienia.
Podczas wspólnej pracy dziecko przygląda się naszej reakcji na błędy, sposób radzenia sobie z trudnością, cierpliwość oraz podejmowanie kolejnej próby. Widzi, czy potrafimy zmienić plan, kiedy coś nie pasuje. Zauważa, jak reagujemy na jego pomysł i co robimy w sytuacji, gdy ma inne zdanie niż my. Takie chwile stają się więc również codziennym modelowaniem zachowań. Bez wykładu i bez specjalnie przygotowanej lekcji.
Bardzo lubię jeszcze jeden aspekt takich spotkań przy stole. Rozmowa często zaczyna płynąć w zupełnie innym kierunku. Można opowiedzieć dziecku, co samemu robiło się w przedszkolu, jak wyglądały kiedyś jesienne prace, gdzie chodziło się na spacery, z czego budowało się ludziki i jakie wspomnienia zostały z dzieciństwa. Dla dorosłego to drobna historia. Dla dziecka może być niezwykle ciekawa. Mama i tata istnieją przecież w jego świadomości głównie jako dorośli. Opowieść o tym, że kiedyś też mieli kilka lat, chodzili do przedszkola, zbierali kasztany i wykonywali podobne prace, otwiera zupełnie inną perspektywę. W ten sposób podczas jednego popołudnia powstają dwa rodzaje wspomnień. Rodzic przywołuje własne, a dziecko właśnie tworzy swoje.
Za kilka lat samo styropianowe jajo prawdopodobnie nie będzie już miało większego znaczenia. Filcowe kolce gdzieś się pogubią, a przedszkolna wystawa dawno przestanie istnieć. Zostanie jednak wspomnienie stołu pełnego materiałów, wspólnego wycinania, poprawiania krzywego jabłka, wybierania oczu i dyskusji o tym, gdzie powinien znaleźć się ogonek. I właśnie takie zwyczajne rodzinne chwile bardzo często okazują się później tymi, które pamiętamy najlepiej.

